Ostatnio Klementyna spędzała
coraz mniej czasu w swoim pokoju. Tak, świetna sprawa i tak dalej, ale co
gorsze zawsze znajdywałam ją w gabinecie Johnathana. Dzisiaj i także ją tam
znalazłam. W sumie to nie tylko ją.
- Czyżbym trafiła na jakieś
tajne zebraniu klubu, do którego nie należę? - zapytałam wchodząc do gabinetu.
Oprócz Klementyny, która
siedziała z książką w ręku na fotelu, był także Logan i półanioł, który chyba
był drugim Johnathana.
- Śliczna Katharino, ty
prawdopodobnie należysz do każdego klubu - powiedział leniwie wampir. Mogłam
wyczuć w jego aurze znaczny wzrost mocy. Nie spodobało mi się to.
Prawdopodobnie narobiłby niezłego bałaganu zanim komuś udałoby się go
powstrzymać.
- Słodzisz. To nawet miłe, ale
nie po to tu przyszłam. - Podeszłam do
okna patrząc na zachodzące słońce. - Klementyna będzie potrzebowała adidasów i
stroju sportowego.
Ktoś wessał głośno powietrze, a
ja mogłabym sobie rękę uciąć, że była to nimfa. Odwróciłam się do pokoju
napotykając zdziwione spojrzenia.
- Od jutra, albo możliwie jak
najszybciej, Klementyna zaczyna biegać.
Miałam ochotę walić głową w
ścianę widząc ich miny. No dobra, może ja też nie byłam zadowolona, gdy Rafael
ode mnie wymagał, abym była w stanie przebiec dwadzieścia pięć kilometrów.
- Ale... ale dlaczego? - Udało
się w końcu wykrztusić Klementynie.
- Zapobiegawczo - wzruszyłam
ramionami. - Jak wystąpi zagrożenie, albo znajdziesz się w niebezpieczeństwie
będziesz mogła uciec.
- Ale przecież tutaj mi nic nie
grozi. - Potoczyła oczami po zebranych.
- Tego nie wiesz.
- Johnathan mnie chroni -
powiedziała jakby to było najlepszym argumentem świata.
- Do diaska! Wszędzie czeka na
ciebie niebezpieczeństwo! Jesteś nimfą do jasnej cholery! A my jesteśmy wśród
ludzi i to nie jest dwór!
Czułam jak krew się we mnie
gotuje. Chciałam, żeby była przygotowana na wszystko. Wydawało mi się, że sama
jestem gotowa na wszystko. Ale wcale nie byłam gotowa na to co się wydarzyło.
- Katharino, nie ma potrzeby się
złościć. - Johnathan podniósł się z miejsca zasłaniając mi widok na nimfę.
- Owszem, nie ma, ale należy
przekłuć bańkę, w której żyje. Na razie każę jej tylko biegać. Nie sądzisz, że
postępuję wyjątkowo delikatnie? Mi Rafael kazał od razu biegać, ćwiczyć walkę i
nauczyć się strzelać do ruchomych celów.
- Nie będę strzelać! -
Klementyna zapiszczała, a ja miałam ochotę nawyzywać ją od chorych pacyfistek.
- Będziesz. Ale jutro zaczynamy
od biegania. - Zazgrzytałam zębami. Nimfa popatrzyła błagalnie na Johnathana, a
ten po chwili wymienił spojrzenia z półaniołem i Loganem.
- Katharina ma rację. Przecież
nic się nie stanie jak Klementyna nabędzie trochę kondycji. - Półanioł przyznał
mi rację, a ja miałam ochotę go wycałować. - Myślę, że kółko wokół posiadłości
wystarczy.
- A ile to kilometrów? -
zapytałam.
- Myślę, że coś koło siedmiu do
dziesięciu.
- ILE!? - krzyknęłyśmy razem z
Klementyną.
- Będziemy musiały zrobić milion
zasranych kółek - mruknęłam pod nosem.
- Słucham? - Niestety nimfa mnie
dosłyszała.
- Musisz być w stanie przebiec
minimum dwadzieścia kilometrów.
Odpadła jej szczęka, a po chwili
patrzyła rozpaczliwie w podłogę.
- A ty ile w stanie jesteś
przebiec? - zapytała zrezygnowana.
- Trzydzieści pięć kilometrów,
ale mam zamiar dobić do czterdziestu. - Mężczyźni mieli zszokowane miny. - No
co? Zazwyczaj zostaje mi tylko ucieczka. Nie jestem wyszkolona do walki, ani
nie mam ducha wojownika.
- W takim razie idę jutro z
wami. To może być zabawne. - Logan zaśmiał się cicho.
*
Zaczęliśmy od porządnej
rozgrzewki. Klementyna była już cała czerwona na twarzy z wysiłku. Na początku
moich treningów miałam tak samo. Teraz dla mnie to była bułka z masłem.
Okazało się, że obok nas
sparingi miała świta Johnathana. Mimo, że słońce już zachodziło, było
niemiłosiernie gorąco. Klementyna, gdy zobaczyła mój strój, skrzywiła się.
Dałabym sobie rękę uciąć, że teraz chciałaby się ze mną zamienić. Sportowy
stanik i krótkie spodenki. Niby nic, a czułam jak pot cieknie mi po karku.
Zarządziłam, że czas na bieg. Po
jednym okrążeniu Klementyna padła na trawnik jak zabita.
- Logan, przypilnujcie
Klementyny! - zawołałam do stadka mężczyzn podając nimfie ręcznik i butelkę z
wodą.
Logan wskazał kogoś rękoma, a
potem powiedział coś do grupy. Wiedząc, że będzie bezpieczna ruszyłam przed
siebie. Nie zdążyłam dobiec do zakrętu, gdy za sobą usłyszałam głosy.
Odwróciłam się za siebie i dojrzałam grupkę mężczyzn, który wcześniej ćwiczyli
obok nas. Pokręciłam głową parskając śmiechem.
- Ciekawe jak szybko wysiądziesz.
- Logan zrównał ze mną krok.
- Chciałbyś - zaśmiałam się nie
zwalniając tempa. Miałam w końcu przed sobą trzydzieści kilometrów.
W ćwiczeniach z mężczyznami jest
jeden bardzo ważny problem. Zazwyczaj pozbywają się koszulki. Oh Calipso, co
jest lepszego niż spocona męska klata? Miałam wrażenie, że jeszcze chwila i
dostanę zeza. Czy to jest jakaś kara?
Biegli dookoła mnie gawędząc
beztrosko, czasem zadając jakieś pytanie. Z każdym krokiem zaczynałam się
zastanawiać, dlaczego postanowiłam unikać facetów. No bo naprawdę, oni są jak
magnes!
Nogi wchodziły mi w tyłek, gdy w
końcu postanowiłam się zatrzymać. Oparłam dłonie o kolana starając się powoli
łapać oddech. Płuca krzyczały o powietrze. Gdy się uspokoiłam dopiero
podniosłam wzrok.
- Trzydzieści siedem. -
Johnathan uśmiechnął się kącikiem ust.
- Co? - zapytałam głupio.
- Kilometrów. Tyle przebiegłaś.
- Klementyna, która leżała na trawie obok wampira, odpowiedziała beztrosko.
- Super - mruknęłam pod nosem i
wyłożyłam się na trawie.
Było już ciemno. Pewnie była już
pora śniadania. Pewnie dlatego praktycznie wszyscy skierowali się do zamczyska.
Dla mnie nocne niebo było o wiele ciekawsze niż towarzystwo wampirów. Nazwijcie
to traumą, urazem, doświadczeniem czymkolwiek chcecie.
- Zamierzasz tak przeleżeć całą
noc? - Drgnęłam zaskoczona. Unosząc się na łokciach dostrzegłam, że Logan
siedzi obok. Jakim cudem zachowywał się tak cicho? Czy to ja się wyłączyłam
myśląc o głupotach? Pewnie to drugie.
- A nawet jeśli to co? -
zapytałam ponownie kładąc się na trawie.
- To chętnie dotrzymam ci
towarzystwa. - Usłyszałam szelest spodni i poczułam aurę po prawej stronie.
Zaryzykowałam odwrócenie głowy. Na Calipso! On nadal nie włożył koszulki.
Idealnie wyrzeźbiona klata, aż
prosiła się by przejechać po niej palcami. Momentalnie odwróciłam wzrok na
niebo zszokowana swoimi myślami. Czyżby moje libido wyszło z depresji? Co tu
się dziwić! Logan jest pociągającym mężczyzną, który na pewno wie jak zająć się
kobietą. Wymierzyłam sobie mentalny policzek. Miałam przestać.
W sumie minęło całkiem sporo
czasu od... właśnie od czego? Od jakiegoś zbliżenia z mężczyzną? Czy
przypadkowy pocałunek w klubie się liczy? Skąd mi sie wzięło takie
filozofowanie?!
Dopiero po chwili zdałam sobie
sprawę, że wzrokiem wręcz pożeram ciało Logana. A kiedy spojrzałam na jego
twarz (cudny refleks, ja wiem) zdałam sobie sprawę, że on doskonale o tym
wiedział. Zacisnęłam zęby i błyskawicznie odwróciłam wzrok. Dobiegł mnie
zduszony śmiech.
- Nie wiem co cię tak bawi -
burknęłam zła na siebie, że dałam się złapać we własną pułapkę.
- Nie codziennie ktoś pożera
mnie wzrokiem. Oczywiście mi to pochlebia - dodał szybko, a ja mimowolnie
przewróciłam oczami.
- Bajerant - mruknęłam.
*
W byciu bogatym i ważnym fajne
jest to, że możesz sobie pozwolić na luksusy. Wlicza się w nie prywatny
odrzutowiec, który ma przetransportować tylko dwie osoby. No właśnie. Zaszły
jakieś rozmowy Buenos Aires - Nowy Jork, z których wynikało, że mam mieć
prywatnego ochroniarza. Ba! Mieli nawet ochotnika. Logan wszedł za mną na
pokład samolotu. Miał niedużą torbę sportową, którą zaraz rzucił na wolne
miejsce. Ja ograniczyłam się do torebki. Praktycznie wszystkie ubrania miałam u
Rufina. Co mi przypomniało, że z Belladoną będziemy musiały tam pojechać, bo to
właśnie ona ma nas odebrać z lotniska.
Gdy ja się rozsiadałam w fotelu,
Logan zdążył wyjść jeszcze dwa razy z samolotu, wykonać telefon i porozmawiać z
pilotami. Wszystko musiało być w porządku, bo po chwili usiadł obok mnie
zapinając pas.
Startowanie samolotu zawsze
przypominało mi zjazd na kolejce górskiej. Takie same dziwne uczucie w żołądku.
Gdy przestaliśmy się wznosić wyszła stewardesa mówiąc nam, że możemy odpiąć już
pasy, a lot jest planowany na dziesięć godzin. Logan momentalnie wyprostował
nogi kładąc je na fotelu przed nim. To był dobry pomysł - zrobiłam to samo.
- Na kogo właściwie ślub jedziesz? - zapytał po
chwili odwracając twarz w moją stronę.
No tak. W sumie nic im nie
wyjaśniałam.
- Jeszcze nie na ślub. To próbny
obiad ślubny mojej najlepszej przyjaciółki.
- Próbny obiad ślubny? - Uniósł
jedną brew próbując się nie śmiać.
- Ja też tego nie rozumiem, ale
kazała mi być. - Wzruszyłam ramionami. - Poza tym uda mi się zaliczyć zebranie
rady, dopilnować kilku spraw i chyba mam jeszcze jakieś spotkanie - skrzywiłam
się.
- Jesteś zapracowaną kobietą,
co?
Roześmiałam się.
- Uwierz mi, jestem ostatnia do
roboty.
- Mimo tego masz sporo na
głowie. Po co sobie brać tyle obowiązków?
- Bo muszę.
Zapadła cisza. Skoro miałam tyle
czasu to wyjęłam książkę do szwedzkiego.
- Poważnie? Zamierzasz się
uczyć? - Logan śmiał się ze mnie. Naburmuszyłam się. Obrażona wlepiłam wzrok w
podręcznik. Parskał śmiechem jeszcze przez chwilę.
- No dobra, dobra. Już rozchmurz
się. - Szybkim ruchem wyrwał mi książkę. Ledwo nawet to zarejestrowałam.
Cholera, szybki jest.
- Oddaj mi!
- Po co ci szwedzki? - Z
niedowierzaniem próbował coś przeczytać.
- Wiesz, to bywa naprawdę bardzo
irytujące, gdy starzy nieśmiertelni zaczynają mówić w innym języku, bo nie
wiesz wtedy czy cię obgadują lub coś knują. - Westchnęłam ciężko. Spotkała mnie
taka sytuacja raz czy dwa, gdy podróżowałam przez ostatni rok.
- Przecież znasz angielski, a
wszyscy teraz znają angielski. Po co ci inne?
- Na dworze drugim językiem jest
niemiecki. Znam staroniemiecki, a niemieckiego musiałam się uczyć w szkole. A!
I francuskiego też. Na studiach miałam obowiązkowy hiszpański.
Cholera, prawdziwa ze mnie
lingwistka! Powinnam być z siebie dumna.
- Ja tam i tak uznaję tylko
jeden język - stwierdził w końcu oddając mi książkę.
- Jaki?
- Język ciała. - Uśmiechnął się
szelmowsko.
*
Szturchnięcie wybudziło mnie z
drzemki. Lot był okropny. Jak turbulencje się już skończyły to nie mogłam
zasnąć. Dziesięć godzin takiego koszmaru i czułam się jak zombie. To by było na
tyle jeśli chodzi o spanie. Czułam się połamana w każdym miejscu. Logan
wyglądał na tak rześkiego, że zapragnęłam mu przywalić.
Wyczłapałam się z samolotu
mrużąc oczy w słońcu. Było koło dwunastej. Przeciągając się rozejrzałam po
lotnisku. Zesztywniałam.
- No chyba sobie jaja robicie -
mruknęłam pod nosem. Rozejrzałam się z nadzieją, ale na próżno. Chcąc nie chcąc
podreptałam w stronę krzykliwego żółtego samochodu.
- Pieprzone, śliczne, żółte audi
- warczałam pod nosem stojąc przy tym cudeńku. - Gdzie Bella? - zapytałam
odrywając wzrok od auta.
- Musiała zająć się małą - odpowiedział
i spojrzał ponad moim ramieniem. Oczy mu się lekko zwęziły, ale na ustach
pojawił się uśmieszek. - Ty musisz być wojownikiem Johnathana.
Szczęka mi opadła.
- Co?! - zapytałam piskliwie.
Logan jest jednym z trójcy ze świty Johnathana? Dobrze, że nie zaczęłam
narzekać na te wielkie i zimne zamczysko. Czy on nie mógł być zwyczajnym
facetem? Taa... zwyczajni faceci na pewno nie są walkiriami. Prychnęłam do
swoich myśli.
- Nieważne. - Machnęłam ręką. -
Nie zmieścimy się tutaj, a ja na pewno nie będę siedziała na niczyich kolanach.
- Wskazałam na samochód.
- Nie ma takiej potrzeby. -
Rufin uśmiechnął się szeroko, a to wcale mi się nie spodobało. Zignorował moją
zdziwioną minę zwracając się do Logana. - Zabieram ją ze sobą. Będzie ze mną
bezpieczna. Kierowca zawiezie cię do domu, tam ktoś pokaże ci pokój. - Odwrócił
się by ruszyć do samochodu. - A, dzięki za dostarczenie Kate. - Uśmiechnął się
bezczelnie do wojownika i otworzył mi drzwi.
- Dupek - mruknęłam ładując się
do samochodu. - Dlaczego mnie porwałeś? - zapytałam, gdy ruszyliśmy z piskiem
opon. Norma.
- Zaraz jest zebranie rady.
- Poważnie? Nie można było
zorganizować go kilka godzin później? - zirytowałam się.
Za mną było dziesięć godzin
lotu. Byłam głodna, śmierdziałam i chciało mi się spać.
- Ransom dzisiaj leci na dwór.
Jego lot został i tak przełożony abyście się nie minęli. Więc teraz wszyscy
czekają na ciebie.
- Cudownie.
Weszliśmy tylnym wejściem. Jak
dla mnie lepiej.
- Jeszcze raz. Wytłumacz mi,
dlaczego te zebranie jest takie ważne?
Cały rok radzili sobie beze
mnie, a teraz musiałam się koniecznie zjawić.
- Ponieważ wybieramy członków
rady.
- Super. Mogę cię podać do
dymisji i pozbyć się twojego tyłka? - Na samą myśl uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie. Nasza czwórka jest
nietykalna. - Moje marzenia legły w gruzach. - Gorzej, bo ciebie też się pozbyć
nie mogę.
- Urocze. - Skręciłam w inny
korytarz niż Rufin.
- A ty gdzie?
- Każ im poczekać jeszcze
dwadzieścia minut, muszę wziąć prysznic.
*
Wyszłam z łazienki z mokrymi
włosami. Na szczęście do torebki zapakowałam czarną bokserkę na przebranie. W
jeansach, koszulce i mokrych włosach prezentowałam się bardziej jako studentka,
która zaspała na wykład, niż jako jedna z najważniejszych osób na kontynencie.
Otworzyłam drzwi na salę
konferencyjną, a chłodne powietrze sprawiło, że zadrżałam. Cholera,
przyzwyczaiłam się do ciepła i nie zabrałam ze sobą niczego, aby narzucić na
ramiona. Cudnie.
Usiadłam koło Rafaela, który
uśmiechał się szeroko na mój widok.
- Nie szczerz się. To naprawdę
irytujące, gdy wszyscy wokół ciebie są rześcy jak skowronki, a ty masz ochotę
ułożyć się w trumnie i zasnąć na amen. - Na moje jakże piękne porównanie anioł
wybuchnął śmiechem. Wypatrzyłam kubek z kawą.
- Kogo? - zapytałam.
- Rufina - odpowiedział mi
Ransom.
- Czyli moja - mruknęłam cicho
zadowolona przywłaszczając sobie napój bogów.
Najpierw weszli mężczyźni,
których imion nie pamiętałam. Znaczy tkwiły gdzieś tam w odmętach mojej pamięci
oczywiście. Chwilę po nich wszedł Rufin. Cholerny elegancik. Wcześniej nie
zwróciłam na to uwagi, ale miał na sobie grafitowy garnitur. Czytając jakieś
dokumenty usiadł na krześle wyciągając po coś rękę. Trafiając na pustą
przestrzeń zmarszczył brwi i podniósł wzrok prosto na mnie. Skąd on wiedział?
Starałam się wyglądać jak najbardziej niewinnie znad kubka z parującą kawą.
Westchnął.
- Zaczynajmy - oznajmił
rozglądając się po zebranych.
Ransom patrzył na mnie z
niedowierzaniem. Uśmiechnęłam się zwycięsko. Oto ja. Kradnę kawę i uchodzi mi
to na sucho. Nawet jeśli to jest Najwyższy Demon Ameryki Północnej.
________________________________
Przepraszam, że mnie tak długo nie było, ale w moim życiu ostatnio sporo się namieszało. Facet nagle (znowu) mnie rzucił. Gdybym nie wyszła z rozmową to by przeciągał to po dziś dzień. Oprócz tego zdążyłam wpaść w sidła innego faceta, przy którym czuje się jakbym dostała skrzydeł i była najszczęśliwszą osobą na świecie. Lecz nic nie może przecież wiecznie trwać i wyszły problemy z jego byłą. Chyba nie muszę wspominać, że to odbija się na mnie? Ogólnie mówiąc jestem emocjonalnym huraganem i nie bardzo wiem co mam robić ze swoim życiem. Nie miałam ochoty na nic. Nie chciało mi się grać w gry (jestem okropną nerdką, gamergirl i co tylko chcecie!), nie czytałam żadnych książek (zawsze średnio czytam dwie tygodniowo). Wpadłam po prostu w dołek, z którego nadal się wygrzebuje łamąc ślicznie pomalowane paznokcie. Drama, drama, drama. Tak bym określiła ostatnie miesiące.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie to, że tak długo rozdziały nie było. Czuję się z tym źle, ale po prostu nie miałam siły, aby wrócić do Kate.
Ah, dostałam się na filologię angielską!
P.S. Śliczny szablon, prawda? Zielony Kociak jest taka kochana <3
Oj nareszcie już myślałam że zapomniałaś a jednak nie na xd :) czekam na ciąg dalszy bo ciągle mam niedosyt :)
OdpowiedzUsuńFajnie, że udało ci się coś dodać mimo niezbyt miłych miesięcy. Mam szczerą nadzieję, że następny rozdział ukaże się niebawem. Przyznam, że pomyliłam Logana z Rufinem i przez pół rozdziału się dziwiłam dlaczego się nie kłócą czy coś :D
OdpowiedzUsuńZ tego co czytałam to masz niezłe życie towarzyskie :) Liczę, że przez to nie zapomnisz o blogu i o nas :*
Pozdrawiam cię cieplutko :)
Mru! :3
OdpowiedzUsuńMhrau ;3
UsuńHej! CZeść!
OdpowiedzUsuńTo ja Free Woman. Zmieniłam sobie pseudonim, a co!
Gdzie ty jesteś kochana?
Czekam i czekam a tu miesiąc leci i dalej nic :(
Pozdrawiam :*
Ps. Zapraszam też do siebie...
www.okutnespojrzenie.blog.onet.pl
*o* *o* *o*
OdpowiedzUsuńZostałaś nominowan do LBA więcej na http://powrotdoprzeszlosci.blog.onet.pl/2015/09/02/liebster-blog-award/
OdpowiedzUsuń